wtorek, 29 lipca 2014


Nie wiem, czy już kiedyś opowiadałam wam o tym jak powiedziałam koleżance o swojej chorobie. Postaram się więc krótko streścić tę historię.

Już od kilku miesięcy, może około roku zachowywałam się dziwnie. Zwalniałam się z lekcji, płakałam zamknięta w toalecie i nie odzywałam się praktycznie do nikogo. Miałam wielkie huśtawki nastroju i non stop odliczałam minuty do końca godziny, lekcji, dnia. Któregoś dnia (już po śmierci taty) rozpłakałam się na lekcji polskiego i wyszłam z klasy, M. poszła ze mną. Pobiegłam do toalety. M. myślała pewnie, że to przez to wydarzenie z tatą. Tak, to ono było promotorem, jednak to nie było wszystko. Nawet nie zauważyłam kiedy skuliłam się na zimnych płytkach na podłodze. I zaczęłam mówić. Nie pamiętam dokładnie słów, bo wszystko działo się w zastraszającym tempie. (...) Mam anoreksję. Chodzę do psychiatry. Biorę leki antydepresyjne. (...) Rzucałam krótkimi, prostymi, mocnymi zdaniami. Jak wyliczanka, która nie miała końca, a skończyła się zbyt szybko. To wszystko w płaczu, w drżącym głosie. W rozpaczy. Jeszcze bardziej się skuliłam opadając jeszcze niżej na podłogę. Czułam jak topię się pod nią. M. nie wiedziała, nie rozumiała. Skuliła się do mnie i mnie przytuliła. Przez sekundę czułam jak płacze.

To zdarzenie w szkolnej toalecie bardzo nas zbliżyło, jednak nigdy już nie rozmawiałyśmy na ten temat. Były jakieś nieudolne próby rozmowy, ale chyba za bardzo się bałyśmy poruszyć TEN konkretny temat. To było tylko złudne krążenie. Chyba mi to wystarczało. Wystarczyło mi, że wiedziała.




Dzisiejszy wpis jest również odpowiedzią na propozycję jednej z was. Czy mówić i jak mówić?

Zapewniam, że nie dam wam jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie, bo jej nie znam. Odwołując się jedynie do swojego doświadczenia mogę stwierdzić, że gdybym mogła cofnąć czas POWIEDZIAŁABYM - tak jak też zrobiłam. Dało mi to ogromną ulgę. Już przynajmniej przed jedną osobą nie musiałam udawać. Miałam wsparcie. Kiedy na spotkaniach z innymi był jakiś temat jedzenia czy odchudzania (rozmowy bardzo ciężkie dla mnie) to M. pomagała zmienić temat, pomagała mi odpowiadać, żartowała. Kiedy na spotkaniu było jedzenie M. mi pomagała. Bez słów, ale czułam to wsparcie.

Uważam, że warto mówić. Mieć tę jedną osobę, która WIE i możecie na nią liczyć. Nie powiem wam jak to odpowiednio zrobić, gdyż u mnie był to całkowicie spontaniczny wypadek losu. Wiem, że same znajdziecie odpowiedni sposób. Nie oczekujcie jednak, że odbiorca od razu wszystko zrozumie i okaże nieziemską chęć pomocy. Możecie się spotkać z różnymi reakcjami Też chcę być taka chuda i mieć anoreksję.    Ale jesteś głupia, po prostu zacznij jeść.     Chodź na burgera z podwójną porcją frytek!     Ale Ci dobrze możesz jeść co chcesz!     Próbujesz zwrócić na siebie uwagę czy coś?     W głowie ci się poprzewracało.

Dlatego pamiętajcie,by wybrać bliską i w miarę zaufaną osobę. Nawet jeśli ostatnio wasze relacje się pogorszyły, ale jesteście w znajomości już przez długi okres czasu to spróbujcie. Moje relacje z M. nie były wtedy najlepsze, ale znamy się od przedszkola. Przeżywałyśmy już różne chwile.

A jak wy powiedziałyście znajomym o swoim problemie? A może macie jeszcze jakieś wątpliwości? Piszcie w komentarzach!

niedziela, 27 lipca 2014


Paryż. Zawitałam tu już po raz drugi. Tym razem bez żadnej wycieczki.


























Atmosfera panująca w tym mieście powala. Nie ważne czy jesteś biały, czarny czy w kropki. Nie ważne czy jesteś kobietą, mężczyzną czy mężczyzną chcącym być kobietą, czy kobietą chcącą być mężczyzną. Nie ważne czy masz skośne oczy czy rosyjski akcent (chociaż takich jedynie traktują poważnie w niektórych sklepach). Nie ważne czy masz sukienkę od Diora czy kupioną w lumpeksie. Ludzie się do Ciebie uśmiechają na ulicy. Jeśli nie możesz znaleźć miłości w Polsce, to proszę jedź do Paryża. Francuzi są bardzo BARDZO otwarci. ;) I to najbardziej mnie zaskoczyło w tegorocznej wyprawie. Mamy wakacje.


środa, 9 lipca 2014


Dzisiaj chciałabym poruszyć temat, który podsunęła mi jedna z was tutaj.

Powiem w skrócie; blogosfera śniadaniowa a zaburzenia odżywiania.

Dobra, wszyscy znamy ten scenariusz. Jestem chora na anoreksję, bulimię etc i w pewnym momencie odkrywam blogi śniadaniowe. Myślę WOW! Ale te dziewczyny (bo głównie to one prowadzą tego rodzaju blogi) mają dobrze. Jedzą takie niesamowite, piękne i smaczne rzeczy. Gdybym tylko ja tak mogła.

Łołołoło! Możesz!

Ale jak to? Przecież mam skurczony żołądek, nie zjem takiej porcji! Przecież później będę miała wyrzuty sumienia. Przecież później i tak to zwymiotuję. Przecież to pokrywa połowę mojego zapotrzebowania kalorycznego. Przecież to ma za dużo węgli. Za dużo białka. Za dużo tłuszczu.
No, ale może...

(do biegu, gotowi, start!)

Ile gram płatków użyłaś do tej owsianki?
Ile orzechów dokładnie zmieliłaś?
Dodajesz całego banana czy pół?         (jedną / ósmą )
Jakiej wielkości jest na miseczka?
Ile ml ma ta szklanka?

Jeśli odwiedzasz blogi śniadaniowe to doskonale znasz te pytania. Są prawie pod każdym postem.
I tak, być może są one nieco denerwujące. Irytują i czasem potrafią być śmieszne. Ale uwaga, są one wynikiem strachu i obawy. Nie są ani śmieszne, ani niemądre dla osoby chorej. To "normalne" żeby ważyć swoje porcje. To "normalne" żeby szukać najmniejszej w domu miseczki. To "normalne" mieć kontrolę.

Idę do kuchni. Robię sobie owsiankę ze znalezionego przepisu. 60g płatków? To tak dużo. Zwykle dawałam 30g.

Wyciągam kuchenną wagę.     62g       Odejmuję.     55g      Trochę mniej. Idealnie

I tak przepis po przepisie. Może być też obsesja dokładności. 60g to 60g, ani grama więcej. Dla perfekcyjnych, nie wiem czy wiecie, ale waga wskazuje inny wynik w zależności od tego na jakiej powierzchni stoi. Zaskoczeni? Pewnie większość z was już to zbadała.

Na początku liczysz kalorie, albo i nie. Potem przestajesz je liczyć, albo i nie. A w między czasie zakładasz bloga śniadaniowego.


Czym jest blog śniadaniowy dla osoby uzależnionej?

Może być:
a) pozorną drogą do "zdrowienia"
b) prawdziwą autoterapią
c) kolejnym uzależnieniem
d) nowo odkryto pasją
e) wszystkim tym jednocześnie

Lub... Cześć, na którym etapie jesteś?

I   pozorna droga do "zdrowienia"
II  kolejne uzależnienie
III prawdziwa autoterapia
IV nowo odkryta pasja

Mam wrażenie, że już przez jakiś dłuższy okres czasu blogosfera śniadaniowa została w większej części opanowana przez osoby z zaburzeniami. Czy to dobrze, czy to źle - to zależy. To zależy pod który podpunkt (a, b, c, d, e) się podpisują bądź na jakim etapie się znajdują.


Ia) jest wiele takich, które tylko udają, że chcą wyzdrowieć. Wstawiają zdjęcia minimalnych porcji uczestnicząc w wyścigu pt. "kto zje najmniej". To smutne, bo w wielu przypadkach mechanizm ten działa podświadomie. Osoba może myśleć, że naprawdę dużo zjadła - co jest jasną oznaką choroby. Może tak być, że autor wpisu oczekuje komentarzy typu "ale malutko" , "ja bym się tym nie najadła" , "znikasz w oczach" , "chudzinka z ciebie". Nie osądzaj takich ludzi! Zazwyczaj w prawdziwym życiu są niedoceniani i krytykowani, a tego rodzaju komentarze to ich jedyne źródło szczęścia, dowodzą, że coś osiągnęli, że są silni. Po prostu oczekują na brawa i nie wiedzą jak je dostać. To zagubione osoby, więc nie osądzaj ich irracjonalnego zachowania. Ten etap może trwać wieczność, a może trwać długo i się skończyć. :) No, więc time to level up.

IIc) do tej pory jej uzależnieniem było nie-jedzenie, a teraz będzie to właśnie ono - JEDZENIE. Nie mam tu na myśli czynności (co oczywiście może mieć miejsce, ale nie o tym dzisiaj) a tzw. "foodporn". Godziny spędzone przed komputerem na przeglądaniu zdjęć jedzenia. Szukanie nowych, zaskakujących przepisów, oglądanie programów związanych z gotowaniem, obczajanie menu znanych restauracji. Co nowego na durszlak'u? Co nowego na kwestii smaku? CO nowego na (chyba najobszerniejszym) foodgawker? Nie chcę, żeby ktoś zrozumiał mnie źle. Uważam, że to świetne strony z masą świetnych potraw i wskazówek. Ja piszę o chorobliwym przeglądaniu tego typu treści. Piszę o obsesji.

IIIb) Dziękuję. Dziękuję i jeszcze raz dziękuję wszystkim tym, którzy towarzyszyli mi w przygodzie na śniadaniowym blogu. Mogłam napisać o swoich uczuciach, otworzyłam się jak nigdy. Mogłam pokazać swoje myśli i co czuję. Na tym etapie zrozumiałam jak wiele się zmieniło. W jedzeniu; uczę się nakładać odpowiednie porcje, uczę się jeść "zakazane" produkty, uczę się cieszyć jedzeniem. W relacjach; mówię o swoich uczuciach. jestem pewniejsza siebie, poznaję podobnych ludzi, motywuję się do walki i spełniam marzenia. jedzenie staje się mniej istotne, nie jest moim życiem.

IVd) Ale jest jego częścią. Odkryłam, że naprawdę lubię gotować. Poznawanie nowych smaków, nowych kombinacji, traktowanie tego jako część kultury, obyczaj. Marzę o małej restauracji w przyszłości. Lubię to robić. Jest moją ucieczką od problemów. Kiedy mój tata wylądował w szpitalu, tej nocy, zrobiłam pierwsze w swoim życiu ciasto francuskie. Dało mi to spokój. Odstresowało. Jest to coś co lubię robić i jest częścią mojego życia. Nie jest moim całym życiem.


No, więc podsumowując. Jeżeli walczysz z zaburzeniami odżywiania, pierwsze co musisz zrobić to udać się do psychoterapeuty. Prowadzenie bloga nie uzdrowi Twoich myśli, a może jedynie pogłębić obsesję. A reszta to już Twoja własna decyzja. Chcesz mieć śniadaniowca, to zakładaj. Z chęcią wpadnę. Mniej na śniadanie, a bardziej, aby sprawdzić co u Ciebie słychać.

piątek, 4 lipca 2014

owsianko-manna na mleku sojowym z porzeczkami, migdałami, syropem z buraków cukrowych, wanilią i solą morską
Lato w pełni. No może nie do końca. Ten tydzień był typowo leniwym i całkiem nudnym. Kilka planów nie wypaliło. Kilka się przez to jednak dobrze zapowiada. Być może te wakacje nie będą takie jak ten tydzień. Na pewno nie będą. Nie mogę do tego doprowadzić. :)
Dzisiaj wybieram się jeszcze na francuski - tak, dowaliłam sobie zajęcia na wakacje. W czerwcu wydawał mi się to bardzo dobry pomysł. Dlaczego dzisiaj tak nie jest? Rozleniwiłam się, ale kiedyś trzeba.
Za dwa tygodnie Paryż, a potem jeśli nic nie stanie na przeszkodzie to obóz do Chorwacji. Tak, Ola jedzie na obóz. I cieszyłaby się nawet bardzo, gdyby nie jedna osoba. No, cóż nie będę o tym pisać. 
Ale jakoś pozytywnie chciałabym zakończyć ten wpis. Aha! I skąd to śniadanie? Czyżbym wróciła do starych nawyków? Nie, po prostu pomyślałam, że raz na jakiś czas się coś pojawi. :)