środa, 26 marca 2014


I chyba tak po prostu zdecydowałam się być szczęśliwa. Zrozumiałam, że szczęście raczej nie jest modne i tak naprawdę niewielu zależy na osiągnięciu prawdziwego szczęścia. Może dlatego, że mamy fałszywy obraz tego stanu? Może myśląc o szczęściu myślimy o wiecznym dogadzaniu sobie, a może ciągłym katowaniu siebie. Być może bycie w centrum uwagi postrzegamy jako miernik szczęśliwości, a może uważamy, że tylko samotność da nam satysfakcję? A może za szczęście uważamy (nieświadomie oczywiście) brak szczęścia i dążymy do tego, by nie być szczęśliwym licząc na dość absurdalny finał, którym ma być oto owe szczęście.
Nie znam sposobu. Nie znam przepisu na szczęście. I nie znam nikogo, kto ma taką receptę. Wątpię czy ona w ogóle istnieje. Nie chcę myśleć o regułach, czy jakiś bezsensownych "10 krokach ku szczęściu", bądź innych współczesnych wynalazkach tworzonych, oczywiście w dobrej wierze i z reguły po części tymczasowo spełniających się.
Przestałam myśleć o tym jak osiągnąć szczęście, a po prostu postanowiłam ruszyć się z miejsca. Małymi, dużymi krokami doszłam do całkiem przyjemnego miejsca. Szczęście nie jest stałe. Jednak coraz częściej mam chwilę, kiedy myślę - hej, to było całkiem miłe - lubię siebie - podobam się sobie - . I wtedy czuję swoje szczęście. Tak po prostu.

Przestawiłam zegarek, by chodził zgodnie z czasem, a nie śpieszył się 8 minut, tak abym nigdy się nie spóźniła. Zapisałam się na kurs rysunku i spełniam się w swoim hobby. Biegam, uprawiam jogę - oba sporty amatorsko, ale nie ważne jak kiepska jestem, bo to się nawet dla mnie tak naprawdę nie liczy. Ważne, że jestem. :) Zrozumiałam, że mogę być lubiana, że mogę się podobać. Chodzę na lekcje francuskiego, jednak wciąż wstydzę się wymawiać przy innych niektóre słowa. Cóż z tego. To chyba urocze. :) Śmieję się i więcej spaceruję. Czasem płaczę i rozpaczam nad swoim życiem. Norma. Ale tak wygląda życie. I to jest całkiem fajne.