piątek, 17 stycznia 2014


 Nienawidzę Paryża za to, że jest tak "przereklamowany". Budzi się we mnie część udająca niezależnego odkrywcę kochającego nieznane szare zaułki czy zapomniane metropolie. Dlaczego więc Paryż? Miasto, które pojawia się w co 4 filmie o miłości (wg własnych rachunków), wymiennie z Nowym Jorkiem czy Rzymem? Paryż nie musi się sam reklamować. Świat wykonał to już za niego.


Od zawsze czułam niechęć do tego typu rzeczy. Zazwyczaj dużo się o czymś mówi, a następnie dochodzi do wielkiego rozczarowania. Pamiętam swoją podróż do Hiszpanii. Wywołała ona u mnie skrajne uczucia. Jadąc do tego miejsca, miałam pewne wyobrażenie - było ono dla mnie tak jasne, że nawet nie zdawałam sobie z niego w tamtym momencie sprawy. Zakodowało się ono we mnie we wczesnym dzieciństwie, a ja nawet nie zdołam sobie przypomnieć kiedy. Jakież, więc wielkie przeżyłam rozczarowanie, kiedy przyjechawszy do Hiszpanii, okazała się ona zupełnie czymś innym. Czar prysł. Hiszpania była piękna, ale nie była Hiszpanią. Czyli to miejsce nie istnieje? Życie przez dwie następne sekundy straciło swój sens.

Jadąc do Paryża - stolicy Francji, nie mogło być inaczej. Jak myśleć o tym mieście, zapominając o zakochanych, wieży Eiffla, pszennych bagietkach i szczupłych modnych francuzkach? Odrzucałam od siebie te myśli, by zapobiec syndromowi hiszpańskiemu. Nie oszukujmy się, były one tak mocno zakodowane w mojej podświadomości, że nie mogłam ich ot tak po prostu wyciąć. Nie miałam czasu na przekodowanie tych treści. A zresztą - na co bym miała je zamienić?


Dojechawszy do Paryża, podeszłam do sprawy ostrożnie i z bezpiecznej odległości. Wzbraniałam swoje myśli. Ale chwileczkę. ... Tak, to jest Paryż! - wykrzyczała moja podświadomość, nadświadomość i wszystkie inne świadomości. To było to miejsce, gdzie rodziny siedzą na trawie i jedzą croissanty, to miejsce, gdzie znajdują się najmodniejsze butiki i jeszcze modniejsze lumpeksy. Czuć radość, poprawność z wyobrażonym obrazem i zgodność myślową. Syndrom hiszpański zakończył się na Iberiadzie (swoją drogą Portugalia zaskoczyła wtedy na duży plus).


I dlatego dla Paryża mówię - tak. Dla najbardziej pożądanego miasta Europy, mówię tak. A swoją cichą naturę odkrywcy zaspokajam samotnym spacerem po bezludnych ulicach Paryża, które udaje się odnaleźć. Siadam gdzieś w kącie, widzę kawałek słynnej wieży zza budynku i delektuję się. Potęga. Tak niewiele, a tyle zamieszania. I to jest piękne.

5 komentarzy:

  1. No i... pięknie. I tyle. Chciałabym tak jak i ty nie rozczarować się Paryżem, jak (i w ogóle jeśli) już tam w ogóle trafię rzecz jasna.

    OdpowiedzUsuń
  2. Paryż to cudowne miejsce! co prawda moje serce należy do Anglii, nie Francji, jednak tam...tam czuję się zupełnie inaczej. Niezapomniane wrażenia, najlepsze śniadania ;) , cudowne widoki - to wszystko jest takie piękne, że ten hałas, zgiełk, bród nie zaburzy mi pozytywnych myśli o tym słynnym mieście :)

    OdpowiedzUsuń
  3. bezludne uliczki Paryża teraz wciąż w mojej głowie..
    tam musi być po prostu pięknie.

    m.

    OdpowiedzUsuń
  4. Cieszę się, że Twój Paryż był i jest cudowny! :)
    Mój Paryż niestety nie był taki, jaki miał być. Gdy tam byłam nic nie było takie jak powinno...

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo podoba mi się twój blog. :)
    Może obserwujemy?
    http://msunseenxo.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń