piątek, 24 stycznia 2014


Wychodzę na dwór. Czuję mróz na policzkach. Śnieg uginający się pod butami.

Czuję się jak w bajce. Obecna zima jest cudowna. Przypominają mi się fragmenty "Królowej Śniegu" Andersena. Pamiętam jak babcia czytała, a ja uważnie wsłuchiwałam się w magiczne słowa tej baśni. To było o wiele bardziej niesamowite niż oglądanie jakiegokolwiek filmu. Czułam wtedy ten śnieg, ten wiatr i mróz. Bałam się mroźnej królowej i przeżywałam losy rodzeństwa zagubionego w tym świecie.

Krajobraz na dworze. Dawno nie było tak pięknej zimy. Wszystko pokrywa gruba powierzchnia lodu. Przykryta jest warstwą śnieżnobiałego puchu. Wychodząc z domu nie widziałam nikogo. Po kilku minutach spaceru zaczęłam zauważać samochody - nielicznie. Słyszałam śmiech dzieci. Zaczęłam rozpoznawać twarze w białym otoczeniu i widziałam radość. Ludzie lubią zimę. Nie widziałam tego przez wieki. Dzisiaj zobaczyłam. Za pokrywą lodu i chmurą śniegu był uśmiech. Ukryty, jednak zauważalny. I mimo, że usta pozostały w bezruchu, oczy się śmiały.

Też lubię zimę. Jeszcze tydzień temu uparcie twierdziłam, że nie potrzebuję śniegu w tym roku. Teraz wiem, że się myliłam. Dobrze, że spadł. tak być powinno. (prosi się napisać - "taki mamy klimat") I mogę zanurzyć się w ciepłym kocu z kubkiem herbaty. Tylko na chwilę, bo nie mam czasu. Odwiecznie go nie mam. Może starczy na pół godziny jogi, ale na nic innego. A szkoda.



czwartek, 23 stycznia 2014

Są takie momenty w życiu, które zapadają nam w pamięci i trwają w niej - zdawałoby się wiecznie. Wbrew pozorom odkryłam, że jest ich całkiem sporo. Pamiętam swój sen o złym pluszowym pajacyku, którego doświadczyłam w przedszkolu. Pamiętam, gdy kolorując wydrukowane śliwki i gruszki (również w przedszkolu), kolega powiedział, że mu się podobam. Pamiętam rumieńce na policzkach. Pamiętam chwilę, gdy złapałam za rękę koleżankę - na zgodę po długich i wyczerpujących kłótniach (podstawówka). Brudny stół u "cioci" na wsi i dużo latających much. Talerz z ziemniakami, których nie zjadłam. Pamiętam niesamowity smak lodów karmelowych w Grecji, których spożywałam kilogramami.


I mimo, że są to małe, pozornie nic nie znaczące fragmenty życia z jakiegoś powodu je zapamiętałam.

W noc, kiedy mojego tatę zabrano do szpitala, a mama pojechała z nim, przyszła do mnie babcia, bym nie siedziała sama w ciemnym, chłodnym domu. Nie dawałam sobie rady. Automatycznie, bez głębszej analizy, pod wpływem impulsu, poszłam do kuchni.
Zaczęłam robić ciasto francuskie. Była jedenasta wieczorem.



Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z ciastem francuskim. Zwykle zachwycałam się jego smakiem, ale nigdy nie przyszło mi do głowy mierzyć się z jego zrobieniem. Tej nocy to się zdarzyło. Teraz tłumaczę to jako sposób oderwania się od rzeczywistości, próba skupienia się na czymś wymagającym uwagi. Byłam w transie. Babcia chyba nie wiedziała jak zareagować. Stała obok mnie i patrzyła na silne ruchy dłoni zagniatających ciasto. Na całkowicie bezsilną psychicznie dziewczynkę, której tatuś zachorował. Nagle. Niespodziewanie.

"Tak. Robienie tego ciasta to genialny pomysł. Jutro, kiedy tata wróci do domu, zaskoczę go pysznym śniadaniem. To dla niego. Zjemy w trójkę, z mamą domowe croissanty na śniadanie. Jestem dobrą córką. Jeżeli będzie nadal musiał zostać w szpitalu, to zaniosę mu świeżo upieczone rogaliki do szpitala. Będziemy się śmiać i żartować. Jeżeli nie będzie mógł jeść, to zamrożę wypieki dla niego i poczekają na swój czas. ucieszy się."
Mój tata nigdy nie zjadł rogalika. Umarł.



Dzisiaj przypłynęło to wspomnienie podczas wyrabiania ciasta. Robię francuskie po raz drugi.

piątek, 17 stycznia 2014


 Nienawidzę Paryża za to, że jest tak "przereklamowany". Budzi się we mnie część udająca niezależnego odkrywcę kochającego nieznane szare zaułki czy zapomniane metropolie. Dlaczego więc Paryż? Miasto, które pojawia się w co 4 filmie o miłości (wg własnych rachunków), wymiennie z Nowym Jorkiem czy Rzymem? Paryż nie musi się sam reklamować. Świat wykonał to już za niego.


Od zawsze czułam niechęć do tego typu rzeczy. Zazwyczaj dużo się o czymś mówi, a następnie dochodzi do wielkiego rozczarowania. Pamiętam swoją podróż do Hiszpanii. Wywołała ona u mnie skrajne uczucia. Jadąc do tego miejsca, miałam pewne wyobrażenie - było ono dla mnie tak jasne, że nawet nie zdawałam sobie z niego w tamtym momencie sprawy. Zakodowało się ono we mnie we wczesnym dzieciństwie, a ja nawet nie zdołam sobie przypomnieć kiedy. Jakież, więc wielkie przeżyłam rozczarowanie, kiedy przyjechawszy do Hiszpanii, okazała się ona zupełnie czymś innym. Czar prysł. Hiszpania była piękna, ale nie była Hiszpanią. Czyli to miejsce nie istnieje? Życie przez dwie następne sekundy straciło swój sens.

Jadąc do Paryża - stolicy Francji, nie mogło być inaczej. Jak myśleć o tym mieście, zapominając o zakochanych, wieży Eiffla, pszennych bagietkach i szczupłych modnych francuzkach? Odrzucałam od siebie te myśli, by zapobiec syndromowi hiszpańskiemu. Nie oszukujmy się, były one tak mocno zakodowane w mojej podświadomości, że nie mogłam ich ot tak po prostu wyciąć. Nie miałam czasu na przekodowanie tych treści. A zresztą - na co bym miała je zamienić?


Dojechawszy do Paryża, podeszłam do sprawy ostrożnie i z bezpiecznej odległości. Wzbraniałam swoje myśli. Ale chwileczkę. ... Tak, to jest Paryż! - wykrzyczała moja podświadomość, nadświadomość i wszystkie inne świadomości. To było to miejsce, gdzie rodziny siedzą na trawie i jedzą croissanty, to miejsce, gdzie znajdują się najmodniejsze butiki i jeszcze modniejsze lumpeksy. Czuć radość, poprawność z wyobrażonym obrazem i zgodność myślową. Syndrom hiszpański zakończył się na Iberiadzie (swoją drogą Portugalia zaskoczyła wtedy na duży plus).


I dlatego dla Paryża mówię - tak. Dla najbardziej pożądanego miasta Europy, mówię tak. A swoją cichą naturę odkrywcy zaspokajam samotnym spacerem po bezludnych ulicach Paryża, które udaje się odnaleźć. Siadam gdzieś w kącie, widzę kawałek słynnej wieży zza budynku i delektuję się. Potęga. Tak niewiele, a tyle zamieszania. I to jest piękne.

sobota, 11 stycznia 2014



Długo zastanawiałam się nad tą zmianą, lecz (chyba) postanowiłam. Wszystko co było - już było. Tworzę nowe miejsce. Bez zapowiedzi. Bez konkretnej tematyki. Po prostu nowe - moje miejsce. Z własnymi regułami, może ich brakiem? Bez konkretnego pomysłu. Z nim. By wytopić myśli i wylać słowa.