niedziela, 21 grudnia 2014

Rok 2014

Zastanawialam sie chwilę, czy napisać tę notkę. Ostatecznie (jak widać) postanowiłam to zrobić. Pomyslałam, że może jednak warto będzie jeszcze czasem cos tu dla was napisać, bo zostawić was tak bez jakiegokolwiek pożegnania i tak na prawdę bez żadnego konkretnego wytłumaczenia bedzie nie w porządku. No, wiec jestem! ;)


Jaki był rok 2014? No, jakby to powiedzieć / napisać, - dosyć zaskakujący. Stycznia w ogóle nie pamietam, lutego, marca, kwietnia, maja tez nie. Czerwiec kojarzy mi sie jedynie z wycieczka szkolna, na której udało mi sie nawiązać bliższy kontakt z osobami z klasy. Lipiec to Paryż z mamą. Jeżdżenie paryskim metrem, szukanie weganskich knajp i krotkie rozmowy z Francuzami. Paryzanie to chyba najmilsi ludzie na świecie, powaznie! Sierpień upłynął pod znakiem wakacyjnej nudy i nicnierobienia, no chyba ze o czymś zapomniałam, ale najwyraźniej nie było to tak istotne by utkwiło mi w pamięci. Wrzesień to powrót do szkoły, do klasy, ktorą bardzo polubiłam, najlepszego wychowawcy na świecie i beznadziejnie wąskich korytarzy. Na tygodniu szkoła, a w weekend rysunek. A właśnie. :) Rysunek, z którego zrezygnowałam w październiku. Moja droga do szkoły rysunku trwająca 40 minut, została zastąpiona 3 godzinną trasą nieco dalej. I nieco w innym celu. ;) Listopad skończył sie tak szybko jak sie zaczął. Czas leci bardzo szybko, jednak momentami nadal zbyt wolno niż bym chciała. Grudzień w tym roku wcale nie kojarzy mi sie ze świetami. Jak na razie jeszcze ich nie czuję. Może to przez brak choinki, brak śniegu, a może święta juz nigdy nie bedą tymi świetami, które pamietam z dzieciństwa?

Tak jak napisałam - zaskakujący, to określenie, które najbardziej trafnie opisuje 2014. Rok, w którym wiele sie zmieniło. Gdyby ktoś opowiedział mi kiedys, ze tak bedzie wyglądać to bym nie uwierzyła. Czego sie nauczyłam? Nie warto aż tak bardzo zastanawiać sie nad tym co bedzie, bo i tak nie możemy zaplanować swojej przyszłości. Nie warto takze, wracać do tego co było. Należy zamknąć, wszystko to co chcemy juz mieć za sobą i żyć tym co tu i teraz. 

wtorek, 26 sierpnia 2014


A dzisiaj o tym, że CHCESZ WYZDROWIEĆ.

Dzisiejszy post kieruję głównie do osób 'zmagających się' z zaburzeniami odżywiania. No, właśnie jak to jest z naszym 'zmaganiem się'. Czy jesteś gotowa się przyznać?

Prowadzisz tego swojego recovery bloga, lub nawet nie - wystarczy, że czytasz te wszystkie blogi. Super, wstawiasz zdjęcia jedzenia na instagrama. Patrzcie jem. Co jakiś czas wstawisz zdjęcie po ćwiczeniach, przed ćwiczeniami, podczas ćwiczeń. Patrzcie ćwiczę. Potem jeszcze kilka uśmiechniętych selfies lub zdjęć sylwetki, której podobno przybrało się pare kg, ale i tak ustawiasz się do zdjęcia tak, by wyjść na chudą. Wszystko jest dobrze. Patrzcie. Jem, ćwiczę, jestem szczęśliwa i nadal mogę być drobniutka. Cudownie!

Czy to prawda?

Powiedz mi, ile razy czujesz wyrzuty sumienia wieczorem, bo kolacja za późno, bo zjadłam za dużo, bo zjadłam cukierka, bo niepotrzebna była ta dokładka, bo moje uda wyglądają coraz gorzej, bo to nie działa, bo tak naprawdę z chęcią byś jeszcze schudła. Ale nie powiesz tego. Nawet sobie tego nie przyznasz.

Wstajesz rano. Jej! MOGĘ zjeść śniadanie! Super! Wyjmujesz kuchenną wagę - tak tylko dla kontroli. Dajesz większą porcję niż zwykle, jesz 'normalnie'. Waga tylko kontrolnie. Przecież to nic złego. Jesz. To najprzyjemniejsza część dnia. Powoli delektujesz się każdym kęsem. Zjadłaś. To już? Kiedy będę MOGŁA zjeść drugie śniadanie? Już nie mogę się doczekać obiadu. A na deser ta szarlotka! Kolację zjem małą, ale i tak już się nie mogę doczekać. A tak w ogóle co zrobię jutro, pojutrze... co ugotuję za tydzień?

Jem normalnie. Waga rośnie. Zdrowo się odżywiam. Ćwiczę. Mam mnóstwo znajomych! W Internecie.

Jak o tym czytasz to co? Szaleństwo, prawda?
Rozumiem Cię. Tak właśnie teraz. Może to ten etap. Nie jest źle. Nie jest jak kiedyś. Ale spójrz prawdzie w oczy. Nie jest dobrze.


Nie będę dzisiaj kolejny raz pisać o wyjściu z domu po wodę do sklepu. ;) Dzisiaj nie będę was do niczego zachęcać. Do żadnych fizycznych działań. Chcę tylko, abyś się zastanowiła. Czy chcesz, by jedzenie już ZAWSZE (tak, ZAWSZE, za miesiąc, za rok, za 30lat) było całym Twoim życiem? Czy chcesz wracać wcześniej do domu, bo przecież kolacja? Pomyśl o tym. Nikogo nie poznasz. Nie nawiążesz przyjaźni. Nie zakochasz się. Nie uśmiechniesz. Twój płacz już nawet straci sens. I będziesz w tej komnacie. Napisałam komnacie? Zmieńmy słownictwo. W celi. Będziesz w tej celi, a do Ciebie będą przychodzić jedynie posiłki, które możesz skonsumować. Proszę bardzo. Czy tak wygląda szczęście?
Tylko jedna rzecz różni Cię od więźnia. Twój wyrok nigdy się nie skończy. No chyba, że sama o tym zdecydujesz. Ja piszę poważnie. On sam, nigdy nigdy nigdy się nie skończy. To się samo nigdy nie zmieni. Ale spokojnie. Ty to zmienisz.

Więc, refleksja na dziś - jak wygląda moje życie? czy jestem szczęśliwa? jak wyobrażałam sobie siebie 5 lat temu w czasie, w którym jestem teraz? jak wyobrażam sobie siebie za 5 lat? czego tak naprawdę chcę? czy robię wszystko co w mojej mocy? czy ja w ogóle chcę wyzdrowieć?


sobota, 23 sierpnia 2014


Piszę dziś do Ciebie, żeby powiedzieć, że Twoje życie może być lepsze.

Pamiętasz te wszystkie amerykańskie produkcje? Filmy, które oglądałaś i biły tym ciągiem spełnianych marzeń, zaczarowanego życia, szalonych miłości, wiecznych przyjaźni? Kiedy to każdy dzień przynosił nową przygodę, bohaterowie podejmowali odważne decyzje, które całkowicie odmieniały ich życie? Pamiętasz, jak nieśmiała dziewczyna wzbudziła zainteresowanie szkolnego sportowca, jak dwoje ludzi wybierało się na podróż dookoła świata, jak szybko dostałaś wymarzoną pracę, przystojnego chłopaka i skończyliście w pięknym domu gdzieś w Kalifornii?

Możesz myśleć, że to głupota. Że tak nie wygląda życie. Że to american dream story. Że to jest Polska. Że to niemożliwe. Też tak myślałam.


Powiem Ci, mylisz się! Ale nie martw się, ja, ty i miliony innych osób też tak myśli/myślało. No, bo gdzie to życie? Wstajemy rano. Idziemy do szkoły, pracy. Wracamy i idziemy spać. Czy to wygląda na scenariusz godny jakiegokolwiek filmu? Jeśli tak wygląda Twoje życie, to powiem Ci jedno... od jutra już tak nie musi być.

Tyle razy już pisałam o wychodzeniu z domu. Nawet nie musisz się z nikim spotykać, wystarczy, że wyjdziesz na zewnątrz. Możesz kupić wodę w sklepie. Może nie od razu spotkasz wysokiego bruneta z magicznym uśmiechem, ale spokojnie... nie o to chodzi. :)
Jedyną osobą, która ma wpływ na Twoje życie jesteś TY. To od Ciebie zależy jak będzie ono wyglądać. Wiesz, że już nigdy nie będziesz tak młoda jak w tym momencie? Wiesz, że tracisz te piękne lata, ten piękny czas, rok po roku? Nie załamuj się! TAK NIE MUSI BYĆ.

Myślę, że pierwszą rzeczą jaką musisz zrobić to uwierzyć w to, że będzie lepiej. Nie za rok, nie za tydzień, ale już jutro. Jeśli uwierzysz w tą obietnicę to wszystko stanie się prostsze.


Marzysz o dalekich podróżach z gronem przyjaciół?

a) ale nie masz pieniędzy - poważnie? posłuchaj, mój sąsiad wziął plecak i za 50zł dostał się do Kenii, potem bezpośrednio do Rio de Janeiro, następnie przeleciał do Ameryki, Południowa, Północna, wylądował w Kandzie. Nie wiem gdzie jest teraz, ale nie ma go już pół roku. (podobno daje znaki życia) Wziął ze sobą plecak i tyle. Nawet mi nie mów, że nie masz pieniędzy.

b) nie mam przyjaciół - wybierz się na obóz, na którym nie znasz nikogo. Ale jak to? Przecież to takie stresujące! Daj spokój. Uspokój się. Bez ryzykownych decyzji nic nie zmienisz. Nie zmienisz swojego życia siedząc pod kołdrą. Taka jest (piękna) prawda. Uwierz, możesz poznać kogoś niesamowitego i wrócisz z wspaniałymi wspomnieniami. O wiele bardziej będziesz żałować, że czegoś nie zrobiłaś, niż, że to zrobiłaś.

Chciałabyś, żeby ktoś wreszcie Cię pokochał?

No, tak chyba każda dziewczyna tego chce. Myślę, że każdy człowiek tego chce. I nie piszę tu wyłącznie o miłości partnerskiej, ale i o rodzinnej. Chcesz być kochana, musisz dać się pokochać. Jak ja dobrze to znam. :) Nie będę tego rozwijać, po prostu zastanów się nad tym. Musisz dać się pokochać.

Na koniec chciałabym, abyś zaczęła zmiany jak najszybciej jest to możliwe. Podejmuj śmiałe decyzje. Nie bój się zaryzykować, bo być może stracisz największą szansę swojego życia.


wtorek, 29 lipca 2014


Nie wiem, czy już kiedyś opowiadałam wam o tym jak powiedziałam koleżance o swojej chorobie. Postaram się więc krótko streścić tę historię.

Już od kilku miesięcy, może około roku zachowywałam się dziwnie. Zwalniałam się z lekcji, płakałam zamknięta w toalecie i nie odzywałam się praktycznie do nikogo. Miałam wielkie huśtawki nastroju i non stop odliczałam minuty do końca godziny, lekcji, dnia. Któregoś dnia (już po śmierci taty) rozpłakałam się na lekcji polskiego i wyszłam z klasy, M. poszła ze mną. Pobiegłam do toalety. M. myślała pewnie, że to przez to wydarzenie z tatą. Tak, to ono było promotorem, jednak to nie było wszystko. Nawet nie zauważyłam kiedy skuliłam się na zimnych płytkach na podłodze. I zaczęłam mówić. Nie pamiętam dokładnie słów, bo wszystko działo się w zastraszającym tempie. (...) Mam anoreksję. Chodzę do psychiatry. Biorę leki antydepresyjne. (...) Rzucałam krótkimi, prostymi, mocnymi zdaniami. Jak wyliczanka, która nie miała końca, a skończyła się zbyt szybko. To wszystko w płaczu, w drżącym głosie. W rozpaczy. Jeszcze bardziej się skuliłam opadając jeszcze niżej na podłogę. Czułam jak topię się pod nią. M. nie wiedziała, nie rozumiała. Skuliła się do mnie i mnie przytuliła. Przez sekundę czułam jak płacze.

To zdarzenie w szkolnej toalecie bardzo nas zbliżyło, jednak nigdy już nie rozmawiałyśmy na ten temat. Były jakieś nieudolne próby rozmowy, ale chyba za bardzo się bałyśmy poruszyć TEN konkretny temat. To było tylko złudne krążenie. Chyba mi to wystarczało. Wystarczyło mi, że wiedziała.




Dzisiejszy wpis jest również odpowiedzią na propozycję jednej z was. Czy mówić i jak mówić?

Zapewniam, że nie dam wam jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie, bo jej nie znam. Odwołując się jedynie do swojego doświadczenia mogę stwierdzić, że gdybym mogła cofnąć czas POWIEDZIAŁABYM - tak jak też zrobiłam. Dało mi to ogromną ulgę. Już przynajmniej przed jedną osobą nie musiałam udawać. Miałam wsparcie. Kiedy na spotkaniach z innymi był jakiś temat jedzenia czy odchudzania (rozmowy bardzo ciężkie dla mnie) to M. pomagała zmienić temat, pomagała mi odpowiadać, żartowała. Kiedy na spotkaniu było jedzenie M. mi pomagała. Bez słów, ale czułam to wsparcie.

Uważam, że warto mówić. Mieć tę jedną osobę, która WIE i możecie na nią liczyć. Nie powiem wam jak to odpowiednio zrobić, gdyż u mnie był to całkowicie spontaniczny wypadek losu. Wiem, że same znajdziecie odpowiedni sposób. Nie oczekujcie jednak, że odbiorca od razu wszystko zrozumie i okaże nieziemską chęć pomocy. Możecie się spotkać z różnymi reakcjami Też chcę być taka chuda i mieć anoreksję.    Ale jesteś głupia, po prostu zacznij jeść.     Chodź na burgera z podwójną porcją frytek!     Ale Ci dobrze możesz jeść co chcesz!     Próbujesz zwrócić na siebie uwagę czy coś?     W głowie ci się poprzewracało.

Dlatego pamiętajcie,by wybrać bliską i w miarę zaufaną osobę. Nawet jeśli ostatnio wasze relacje się pogorszyły, ale jesteście w znajomości już przez długi okres czasu to spróbujcie. Moje relacje z M. nie były wtedy najlepsze, ale znamy się od przedszkola. Przeżywałyśmy już różne chwile.

A jak wy powiedziałyście znajomym o swoim problemie? A może macie jeszcze jakieś wątpliwości? Piszcie w komentarzach!

niedziela, 27 lipca 2014


Paryż. Zawitałam tu już po raz drugi. Tym razem bez żadnej wycieczki.


























Atmosfera panująca w tym mieście powala. Nie ważne czy jesteś biały, czarny czy w kropki. Nie ważne czy jesteś kobietą, mężczyzną czy mężczyzną chcącym być kobietą, czy kobietą chcącą być mężczyzną. Nie ważne czy masz skośne oczy czy rosyjski akcent (chociaż takich jedynie traktują poważnie w niektórych sklepach). Nie ważne czy masz sukienkę od Diora czy kupioną w lumpeksie. Ludzie się do Ciebie uśmiechają na ulicy. Jeśli nie możesz znaleźć miłości w Polsce, to proszę jedź do Paryża. Francuzi są bardzo BARDZO otwarci. ;) I to najbardziej mnie zaskoczyło w tegorocznej wyprawie. Mamy wakacje.


środa, 9 lipca 2014


Dzisiaj chciałabym poruszyć temat, który podsunęła mi jedna z was tutaj.

Powiem w skrócie; blogosfera śniadaniowa a zaburzenia odżywiania.

Dobra, wszyscy znamy ten scenariusz. Jestem chora na anoreksję, bulimię etc i w pewnym momencie odkrywam blogi śniadaniowe. Myślę WOW! Ale te dziewczyny (bo głównie to one prowadzą tego rodzaju blogi) mają dobrze. Jedzą takie niesamowite, piękne i smaczne rzeczy. Gdybym tylko ja tak mogła.

Łołołoło! Możesz!

Ale jak to? Przecież mam skurczony żołądek, nie zjem takiej porcji! Przecież później będę miała wyrzuty sumienia. Przecież później i tak to zwymiotuję. Przecież to pokrywa połowę mojego zapotrzebowania kalorycznego. Przecież to ma za dużo węgli. Za dużo białka. Za dużo tłuszczu.
No, ale może...

(do biegu, gotowi, start!)

Ile gram płatków użyłaś do tej owsianki?
Ile orzechów dokładnie zmieliłaś?
Dodajesz całego banana czy pół?         (jedną / ósmą )
Jakiej wielkości jest na miseczka?
Ile ml ma ta szklanka?

Jeśli odwiedzasz blogi śniadaniowe to doskonale znasz te pytania. Są prawie pod każdym postem.
I tak, być może są one nieco denerwujące. Irytują i czasem potrafią być śmieszne. Ale uwaga, są one wynikiem strachu i obawy. Nie są ani śmieszne, ani niemądre dla osoby chorej. To "normalne" żeby ważyć swoje porcje. To "normalne" żeby szukać najmniejszej w domu miseczki. To "normalne" mieć kontrolę.

Idę do kuchni. Robię sobie owsiankę ze znalezionego przepisu. 60g płatków? To tak dużo. Zwykle dawałam 30g.

Wyciągam kuchenną wagę.     62g       Odejmuję.     55g      Trochę mniej. Idealnie

I tak przepis po przepisie. Może być też obsesja dokładności. 60g to 60g, ani grama więcej. Dla perfekcyjnych, nie wiem czy wiecie, ale waga wskazuje inny wynik w zależności od tego na jakiej powierzchni stoi. Zaskoczeni? Pewnie większość z was już to zbadała.

Na początku liczysz kalorie, albo i nie. Potem przestajesz je liczyć, albo i nie. A w między czasie zakładasz bloga śniadaniowego.


Czym jest blog śniadaniowy dla osoby uzależnionej?

Może być:
a) pozorną drogą do "zdrowienia"
b) prawdziwą autoterapią
c) kolejnym uzależnieniem
d) nowo odkryto pasją
e) wszystkim tym jednocześnie

Lub... Cześć, na którym etapie jesteś?

I   pozorna droga do "zdrowienia"
II  kolejne uzależnienie
III prawdziwa autoterapia
IV nowo odkryta pasja

Mam wrażenie, że już przez jakiś dłuższy okres czasu blogosfera śniadaniowa została w większej części opanowana przez osoby z zaburzeniami. Czy to dobrze, czy to źle - to zależy. To zależy pod który podpunkt (a, b, c, d, e) się podpisują bądź na jakim etapie się znajdują.


Ia) jest wiele takich, które tylko udają, że chcą wyzdrowieć. Wstawiają zdjęcia minimalnych porcji uczestnicząc w wyścigu pt. "kto zje najmniej". To smutne, bo w wielu przypadkach mechanizm ten działa podświadomie. Osoba może myśleć, że naprawdę dużo zjadła - co jest jasną oznaką choroby. Może tak być, że autor wpisu oczekuje komentarzy typu "ale malutko" , "ja bym się tym nie najadła" , "znikasz w oczach" , "chudzinka z ciebie". Nie osądzaj takich ludzi! Zazwyczaj w prawdziwym życiu są niedoceniani i krytykowani, a tego rodzaju komentarze to ich jedyne źródło szczęścia, dowodzą, że coś osiągnęli, że są silni. Po prostu oczekują na brawa i nie wiedzą jak je dostać. To zagubione osoby, więc nie osądzaj ich irracjonalnego zachowania. Ten etap może trwać wieczność, a może trwać długo i się skończyć. :) No, więc time to level up.

IIc) do tej pory jej uzależnieniem było nie-jedzenie, a teraz będzie to właśnie ono - JEDZENIE. Nie mam tu na myśli czynności (co oczywiście może mieć miejsce, ale nie o tym dzisiaj) a tzw. "foodporn". Godziny spędzone przed komputerem na przeglądaniu zdjęć jedzenia. Szukanie nowych, zaskakujących przepisów, oglądanie programów związanych z gotowaniem, obczajanie menu znanych restauracji. Co nowego na durszlak'u? Co nowego na kwestii smaku? CO nowego na (chyba najobszerniejszym) foodgawker? Nie chcę, żeby ktoś zrozumiał mnie źle. Uważam, że to świetne strony z masą świetnych potraw i wskazówek. Ja piszę o chorobliwym przeglądaniu tego typu treści. Piszę o obsesji.

IIIb) Dziękuję. Dziękuję i jeszcze raz dziękuję wszystkim tym, którzy towarzyszyli mi w przygodzie na śniadaniowym blogu. Mogłam napisać o swoich uczuciach, otworzyłam się jak nigdy. Mogłam pokazać swoje myśli i co czuję. Na tym etapie zrozumiałam jak wiele się zmieniło. W jedzeniu; uczę się nakładać odpowiednie porcje, uczę się jeść "zakazane" produkty, uczę się cieszyć jedzeniem. W relacjach; mówię o swoich uczuciach. jestem pewniejsza siebie, poznaję podobnych ludzi, motywuję się do walki i spełniam marzenia. jedzenie staje się mniej istotne, nie jest moim życiem.

IVd) Ale jest jego częścią. Odkryłam, że naprawdę lubię gotować. Poznawanie nowych smaków, nowych kombinacji, traktowanie tego jako część kultury, obyczaj. Marzę o małej restauracji w przyszłości. Lubię to robić. Jest moją ucieczką od problemów. Kiedy mój tata wylądował w szpitalu, tej nocy, zrobiłam pierwsze w swoim życiu ciasto francuskie. Dało mi to spokój. Odstresowało. Jest to coś co lubię robić i jest częścią mojego życia. Nie jest moim całym życiem.


No, więc podsumowując. Jeżeli walczysz z zaburzeniami odżywiania, pierwsze co musisz zrobić to udać się do psychoterapeuty. Prowadzenie bloga nie uzdrowi Twoich myśli, a może jedynie pogłębić obsesję. A reszta to już Twoja własna decyzja. Chcesz mieć śniadaniowca, to zakładaj. Z chęcią wpadnę. Mniej na śniadanie, a bardziej, aby sprawdzić co u Ciebie słychać.

piątek, 4 lipca 2014

owsianko-manna na mleku sojowym z porzeczkami, migdałami, syropem z buraków cukrowych, wanilią i solą morską
Lato w pełni. No może nie do końca. Ten tydzień był typowo leniwym i całkiem nudnym. Kilka planów nie wypaliło. Kilka się przez to jednak dobrze zapowiada. Być może te wakacje nie będą takie jak ten tydzień. Na pewno nie będą. Nie mogę do tego doprowadzić. :)
Dzisiaj wybieram się jeszcze na francuski - tak, dowaliłam sobie zajęcia na wakacje. W czerwcu wydawał mi się to bardzo dobry pomysł. Dlaczego dzisiaj tak nie jest? Rozleniwiłam się, ale kiedyś trzeba.
Za dwa tygodnie Paryż, a potem jeśli nic nie stanie na przeszkodzie to obóz do Chorwacji. Tak, Ola jedzie na obóz. I cieszyłaby się nawet bardzo, gdyby nie jedna osoba. No, cóż nie będę o tym pisać. 
Ale jakoś pozytywnie chciałabym zakończyć ten wpis. Aha! I skąd to śniadanie? Czyżbym wróciła do starych nawyków? Nie, po prostu pomyślałam, że raz na jakiś czas się coś pojawi. :)

piątek, 27 czerwca 2014


Pomyślałam, że może warto jeśli co jakiś czas na swojego bloga wrzucę kilka motywujących obrazków, które pomogą tym z was, które zmagają się z zaburzeniami odżywiania. Często zdarza się, że jesteśmy (bądź same się do tego skłaniamy) bombardowane zdjęciami wychudzonych dziewczyn z nienaturalnie chudymi udami, brzuchami czy innymi częściami ciała. Wiadomo, to bardzo źle działa na naszą psychikę, gdyż kształtuje nam się niewłaściwy obraz ludzkiego ciała. Po kilku godzinach przeglądania tzw. "thinspiracji" spoglądając w lustro, jedynie co może nam przyjść do głowy to - jestem gruba. No bo jak porównywać piękną, szczupłą i zdrową dziewczynę (tak, mówię o tobie w lustrze) z wychudzoną modelką dodatkowo poprawioną przez komputer. Sama tak kiedyś robiłam, "dążyłam do ideału". Powiem wam - nic nowego - ideał nie istnieje. Chyba każda z nas wie, że wystarczy odpowiednio się ubrać, odpowiednio wykadrować, odpowiednio ustawić, żeby wyjść na bardzo chudą dziewczynę. Ale po co? Skoro jesteśmy piękne takie jakie jesteśmy. 

Dzisiaj pokazuję wam, że nie musicie być wychudzone, aby być piękne. Łapcie garść zdjęć szczupłych dziewczyn, które milion razy przewyższają swoją pięknością te chude. Zacznijcie otaczać się takimi właśnie zdjęciami i zobaczcie, że nikt nie jest idealny, ale kiedy uwierzymy w to, że jesteśmy piękne to tak rzeczywiście będzie.








A na deser:


czwartek, 19 czerwca 2014

Ostatnio odkryłam coś nowego. Może już się o tym wiecie, ale ja dopiero teraz doszłam do zaskakującego dla mnie odkrycia. Otóż zauważyłam silny związek pomiędzy dążeniem do doskonałości, chorobliwej perfekcyjności a stosunkami międzyludzkimi. Ale co mam właściwie na myśli?

Gdzieś tam podświadomie zawsze chciałam być perfekcjonistką. Tak bardzo chciałam mieć tę ?cechę? charakteru, że ostatecznie ją nabyłam. (A może zawsze ja miałam, ale nie zauważałam, przez to, że wciąż uważałam siebie za niewystarczająco dobrą - nieperfekcyjną?) Uważam, że tacy ludzie to mają po prostu lepiej. No dobrze, wymagają od siebie dużo, ale ostatecznie dochodzą do upragnionego celu i mają to czego chcieli = są szczęśliwi. Perfekcjoniści są szczęśliwi, gdyż wszystko co ich otacza jest dokładnie takie jakie oni chcieliby by było, bo dzięki nim samym właśnie takie się stało. 

Zawsze wydawało mi się, że jestem zbyt leniwa. Bo gdybym była perfekcjonistą, wszystko już dawno miałabym zrobione i mogła siedzieć i być usatysfakcjonowana = szczęśliwa. 

Zawsze robiłabym wszystko najlepiej jak potrafię i wygrywała konkursy, robiła wrażenie na innych, wzbudzała szacunek i podziw. Byłabym zadowolona, że tak ciężką pracą udaje mi się zrobić to najlepiej jak tylko mogłam. 

Myślałam, że każdy człowiek zawsze stara się zrobić coś najlepiej jak potrafi i perfekcjonistą się to po prostu udaje. A mi się nie udaje. 

Jednak nie wiedziałam wtedy, co oznacza bycie perfekcjonistą. Nie wiedziałam, że już właśnie taka jestem. Nie wiedziałam, że perfekcjonista nigdy nie zrobi czegoś najlepiej jak tylko potrafi, bo to wciąż będzie zbyt mało dla niego. Nie wiedziałam, że on nigdy nie będzie miał wszystkiego zrobionego, bo wciąż znajdzie sobie kolejne zadania. Nie wiedziałam, że wygrana w konkursie tak naprawdę nie zawsze daje szczęście. Nawet nie zauważałam tego u siebie, bo przecież wygrywałam jakieś tam konkursy, ale zazwyczaj i tak uznawałam, że to przypadek, że wygrałam z litości, albo z innego dziwnego powodu.

Nie widziałam swoich ubrań w szafie poukładanych kolorystycznie, nie widziałam podkreślonych tematów w zeszytach i nie zauważyłam szczegółowo rozpisanego planu dnia. Tak, to było już w podstawówce. 

Czy nieświadomie dążyłam do doskonałości? Tak. Początkowo zupełnie nieświadomie. Myślałam, że każdy tak ma i każdy tak robi, bo na tym polega życie. Co oczywiście później okazało się nieprawdą. 

No dobrze. Perfekcyjna dziewczyna powinna jeszcze mieć masę znajomych, często zgłaszać się do odpowiedzi i występować publicznie. Ale tak nie było.

Dlaczego?

I tutaj ta obserwacja, która ostatnio rozjaśniła mi sytuację. Właściwie odkryłam to na lekcji francuskiego. Mam prywatne lekcje języka, gdzie jestem ja - stół - nauczycielka. Pani pyta mnie coś po francusku i oczekuje odpowiedzi w tym oto języku. Wiem co powiedzieć - chyba. Chyba jestem na 100% pewna, że podejrzewam, że wiem przypuszczalnie, że to co wiem to jest pewna chyba prawda. Milczę. Czekam, aż to nauczycielka sama sobie odpowie. I tak się dzieje. Znowu.

Dlaczego nic nie powiedziałam? Teraz już wiem. Boję się. To jest paniczny strach przed popełnieniem najmniejszego błędu. Bo to co powiem musi być perfekcyjne. To co powiem musi być doskonałe i bezbłędne. I wskutek tego milczę. Nic nie mówię. 

Co pomyśli nauczycielka? Pomyśli, że nic nie potrafię. Że nie wiem jak sklecić zdanie, mam ubogie słownictwo i nic się nie nauczyłam. I myśli racjonalnie. Skoro mnie pyta i oczekuje odpowiedzi na proste pytanie, a ja milczę to coś jest nie tak. Najwidoczniej nie potrafię.


To samo jest w kontaktach z ludźmi. Być może ty też odczuwasz ten strach. Nic nie mówisz, bo boisz się błędu, niedoskonałości. To zaprzeczyłoby Twój perfekcyjny wizerunek. Twoją nieskazitelność. 
I nic nie mówisz. I okazujesz się być osobą nudną, niewartą uwagi, cichą, nieciekawą. 

A przecież masz tyle do powiedzenia.




No, więc ja wciąż walczę. Nie spoczywam na laurach. :) Moje życie nie jest już teraz bezbłędne i idealne. Nie osiągnęłam perfekcji. I wcale nie chcę! Jestem szczęśliwa, ale mam gorsze momenty.
A wczoraj byłam na ognisku. Było nudno jak cholera (ups), ale byłam tam. I nawet się śmiałam.

piątek, 6 czerwca 2014

nareszcie czuję się wolna. czuję, że mogę się bawić. że jest fajnie. korzystam. i tańczę.

śmieję się z głupich żartów. daję się polubić. rozmawiam. nie boję się być odważna.

odmawiam. zgadzam się. daję się przekonać. mam granice. tak jak być powinno.

i wszystko dobrze. widzę nowy świat. zabawa. 

nareszcie.



PS:
Nie musisz być Pawlikowską by być szczęśliwa. 
Nie musisz jeść marchewki, sałaty i kwiatków.
Nie musisz ćwiczyć, biegać, latać.
Możesz jeść słodycze, mięso i nabiał.
Możesz być sobą.
Możesz być szczęśliwa.

czwartek, 15 maja 2014

Maj, a ja czuję październik we włosach.
Najgorszy jest chyba ten wiatr, bo deszcz mógłby padać. Już kiedyś pisałam, że uwielbiam deszcz. Uwielbiam zasypiać przy tym stukocie i lubię budzić się słysząc krople. Takie to ze mnie listopadowe dziecko. Lubię biegać w deszczu, tylko niech tak nie wieje. Wiatru nie lubię. To on powoduje, że deszcz przestaje być przyjemny. Że śnieg przestaje być magiczny.
Pamiętam wiatr w Portugalii, a to już zupełnie inna sprawa. Było bardzo gorąco, a wiatr był tak zimny jak w polską grudniową noc. Dziwne uczucie. Dziwny wiatr portugalski.
Pamiętam wiatr w Paryżu. Przeciągi, kiedy wchodzi się do metra i nagle robi się chłodniej.
Pamiętam wiatr w Pradze. Również przeciągi. Za zakrętem trzeba było trzymać się rogu, bo inaczej można było zostać "zwianym".
Zdarzają się ciepłe, przyjemne wiatry. I wtedy są całkiem do zaakceptowania.


czwartek, 1 maja 2014


Piszę to do Ciebie, żeby Ci powiedzieć, że Twoje życie i to jak ono wygląda zależy od Ciebie. To ty jesteś jego kreatorem, architektem. Jesteś tą - jedyną osobą, która naprawdę i rzeczywiście może coś zmienić. To od Ciebie zależy czy będziesz szczęśliwa.
No dobrze, ale skoro tak, to dlaczego wciąż czujesz się niedoceniona, nielubiana, niepotrzebna i ogólnie do niczego?


Powinnaś zadać sobie jedno - zasadnicze pytanie - "Czy ja siebie lubię?". Odpowiedź może brzmieć - TAK. Właściwie to powiesz to bez głębszego zastanowienia. Jednak skoro 'lubisz siebie' to dlaczego wciąż jesteś nieszczęśliwa? Odpowiedź na to pytanie może być zaskakująca! Minęło wiele czasu zanim ja to odkryłam, zanim zrozumiałam i zanim zaakceptowałam, bo to bardzo trudne. "Lubię siebie" - to kłamstwo.

No, ale jak to?! Przecież chyba należy "lubić siebie"! Czy to źle, że "lubię siebie"?!
Nie! Sęk w tym, że najprawdopodobniej wcale tak nie jest. Pomyślałaś tak, bo być może tak należy, bo tak trzeba. Bo trzeba lubić siebie. Ale zadaj sobie to pytanie jeszcze raz - "Czy ja lubię siebie?". Lubić to coś więcej niż akceptować. Czy lubię swój uśmiech? Czy lubię swój charakter? Czy lubię swoje dłonie? Czy lubię sposób w jaki się poruszam? Czy lubię to jak zachowuje się wśród innych ludzi? Czy lubię to jak zachowuję się gdy jestem sama? Czy lubię swój sposób bycia? CZY JA LUBIĘ SIEBIE?
Mi udało się polubić siebie. :) Mam złe dni, kiedy coś mi mówi, że chyba jednak nie jestem taka fajna. Każdy ma takie dni. Mam dni, że nie lubię tego jak wyglądam. Budzę się i już wiem, że DZISIAJ MOJE NOGI SĄ ZA GRUBE.  To dosyć zabawne, ale może też tak masz? Stoję przed lustrem i widzę gigantyczne nogi, które chyba urosły przez noc. Dieta, ćwiczenia, waga, mierzenie. Dieta, ćwiczenia, waga... STOP! Dlaczego nagle tak pomyślałam? Dlaczego coś na co wczoraj nie zwróciłam uwagi, dzisiaj jest problemem światowej rangi? Przecież LUBIĘ swoje nogi. To cudowne, że dzięki nim mogę się przemieszczać. Że dzięki swoim nogom mogę biegać, mogę skakać, mogę uczyć ich nowych umiejętności, mogę tańczyć, mogę je chociażby zginać czy unosić. Kocham swoje nogi i jestem za nie wdzięczna.

No dobra, powiedzmy, że już "akceptuję" swoje ciało i swój wygląd. Może jeszcze nie pałam do niego namiętnym uczuciem, ale akceptuję. To już bardzo dużo! No, ale nie jestem szczęśliwa. Nie mam przyjaciół. Czasami chciałabym z kimś pogadać, ale nie mam nikogo takiego. Dlaczego niektórzy są piękni, szczupli, wysportowani i mają masę przyjaciół? Dlaczego oni zasługują na szczęście, a ja nie?
Nikt mnie nie lubi, bo jestem gruba, bo nie mam zainteresowań, nie uprawiam sportu, mam dziwną twarz i jestem nieśmiała. Ale mnie los pokarał! Dlaczego ja?!



Po I - wcale nie wiesz jaka jest sytacja tamtych szczupłych, pięknych i wysportowanych ludzi z masą przyjaciół. Tak naprawdę nie wiesz czy są szczęśliwi, czy nie płaczą po nocach, czy nie mają złych
myśli i co sądzą o sobie.

Po II - jak ktoś ma polubić osobę, która jest gruba, nie ma pasji i na dodatek ma dziwną twarz i w ogóle się nie odzywa, tylko żyje jak księżniczka zamknięta w swej komnacie, gdzieś na szczycie wieży czekając na księca, który przybędzie na białym rumaku i już na zawsze będą szczęśliwi, amen.
Uwaga! To się nie zdarzy! To się nie zdarzy jeśli księżniczka przejdzie na dietę 1000 kcal, nie zdarzy się jeśli zrobi sobie przeszczep twarzy i nie zdarzy się jeśli nagle zacznie biegać (po pokoju rzecz jasna, bo na zewnątrz zjadłoby ją chyba świeże powietrze). I tak nasza wychudzona księżniczka zgnije na szczycie swej wieży z myślą, że to ona była nieszczęśliwa i że to niesprawiedliwe i że w sumie mogła bardziej się przyłożyć, że mogła bardziej schudnąć, że mogła więcej biegać, że mogła przeszczepić sobie lepszą twarz i że mogła udawać lepszą osobę niż jest - niż jaką udawała, że jest.

Co powinna była zrobić nasza księżniczka?

Odpowiedź jest prosta. Nasza księżniczka powinna była wyjść z wieży. Wyjść ze swej ponurej komnaty. To nie byłoby takie proste. Musiałaby znaleźć w sobie ogromną siłę, z której wtedy nie zdawała sobie sprawy, że posiada. Każdy ma sobie tę ogromną siłę. Każdy.
Księżniczka mogłaby wychodzić na 10 minut ze swej wieży na spacer. Może potem na 12 minut, a może na 20 min. A może początkowo wystarczyłoby wychylenie lekko głowy przez okno? Każde działanie się liczy. Księżniczka musi zamienić się w walecznego rycerza. To ona musi stać się księciem, który przychodzi z odsieczą na białym rumaku. To ona jest tą, którą pokocha i z którą będzie szczęśliwa do końca swego życia.

Księżniczka codziennie rano mówi sobie jedną miłą rzecz. Powtarza to w ciągu dnia, kiedy tylko sobie o tym przypomni. Kiedy powtórzy to 3 miliony razy, stanie się to tak naturalne, że w to uwierzy. "Tak,
mam fajne oczy."

Kiedy nasza bohaterka będzie miała fajne oczy, całkiem niezłe poczucie humoru, marzenia - dookoła niej będzie roznosić się magiczny pył. Sprawi on, że podczas jej spaceru, który już trwa godzinę i jest jej najulubieńszą formą spędzania wolnego czasu, będą się nią interesować inni ludzie. To długa i męcząca droga, która wymaga odnalezienia w sobie tej siły, pokonywania wyimaginowanych barier i czasem uczciwej walki z samym sobą.



Nauczyłam się lubić siebie. trwało to 3 lata. A może nawet 16 lat. Ciężko powiedzieć, kiedy obraziłam się na samą siebie i dlaczego tak się stało. To nie jest istotne. Polubiłam siebie. Mam gorsze dni. Nie jestem ideałem. Mam wady. Mam wstydliwe i głupie zachowania. Jak każdy. Nie zawsze odnajduję się w sytuacji. Ponoszę porażki. To życie. Jest cudowne, bo przynajmniej się nie nudzimy. :) Ale wyszłam ze swojej komnaty. Dbam, by ilość mego magicznego pyłu stale rosła. Mówię sobie miłe rzeczy. Dbam i siebie.

Czy Ty jesteś gotowa na zmianę? Czy chcesz być szczęśliwa? Zadaj sobie to proste trudne pytanie: "Czy JA lubię siebie?"